Kilka godzin dziennie bez smartfona może dać uczniom coś, czego coraz częściej im brakuje: przestrzeń na skupienie, nudę, rozmowę z kolegą czy samodzielne poradzenie sobie z napięciem. Dlatego ograniczenie telefonów w szkołach ma psychologiczny sens. Nie należy jednak oczekiwać, że samo schowanie urządzeń do plecaków poprawi wyniki w nauce czy rozwiąże problemy młodych ludzi. Jeśli za zakazem nie pójdą jasne zasady i edukacja cyfrowa, uczniowie nauczą się przede wszystkim tego, jak przez kilka godzin nie korzystać z telefonu, a nie jak korzystać z niego rozsądnie.
Od 1 września 2026 roku zmienią się zasady korzystania z telefonów w szkołach. W podstawówkach uczniowie co do zasady nie będą mogli korzystać ze smartfonów podczas pobytu w szkole i zajęć organizowanych poza nią, choć przepisy przewidują wyjątki m.in. związane z nauką, zdrowiem czy nagłym kontaktem z rodzicem. W szkołach ponadpodstawowych szczegółowe rozwiązania będą określane przez same placówki.
Stała obecność telefonu rzeczywiście może utrudniać koncentrację. I nie chodzi tylko o sytuację, kiedy uczeń korzysta z niego podczas lekcji. Czasem wystarczy powiadomienie, podświetlony ekran albo sama świadomość, że urządzenie leży obok i w każdej chwili można po nie sięgnąć. Uczeń musi więc nie tylko skupiać się na tym, co dzieje się na lekcji, ale też powstrzymywać impuls, żeby sprawdzić telefon. To również kosztuje uwagę.
Telefon jest po prostu bardzo skutecznym konkurentem dla nauczyciela. Nie oznacza to jednak, że jego zniknięcie z ławki automatycznie poprawi wyniki uczniów. Na koncentrację wpływają również sen, stres, motywacja, sposób prowadzenia zajęć czy sytuacja konkretnego dziecka. Smartfon jest jednym z elementów tej układanki, a nie magicznym sposobem na naprawę szkoły.
Największa zmiana może wydarzyć się na przerwie
Z psychologicznego punktu widzenia szczególnie ciekawy jest dla mnie nie sam czas lekcji, ale to, co wydarzy się na szkolnym korytarzu. Szkoła jest jednym z głównych miejsc, w których dzieci i nastolatki uczą się funkcjonowania z innymi ludźmi: trzeba podejść do kogoś i zacząć rozmowę, poradzić sobie z konfliktem, niezręcznością, nudą czy chwilowym poczuciem samotności.
Smartfon daje bardzo prostą drogę ucieczki od każdej z tych sytuacji. Nudzę się, więc patrzę w ekran. Nie wiem, z kim porozmawiać, wyciągam telefon. Pokłóciłem się z kolegą, znowu mogę się w nim schować. Problem zaczyna się wtedy, gdy ekran staje się pierwszą odpowiedzią na każdą nudę, napięcie czy niepewność. Dziecko traci wówczas okazję, żeby przećwiczyć inne sposoby radzenia sobie z tymi emocjami. Dlatego kilka godzin bez telefonu może mieć wartość nie tylko edukacyjną, ale też społeczną. Daje dzieciom przestrzeń na zwyczajne bycie ze sobą – nawet jeśli czasem oznacza to pięć minut nudy.
Nie róbmy z telefonu wroga
Byłbym jednocześnie ostrożny z interpretowaniem złości po konieczności odłożenia telefonu jako automatycznego dowodu uzależnienia. Jeśli zabieramy młodemu człowiekowi coś, co jest przyjemne, znajome i dostępne niemal bez przerwy, frustracja nie powinna szczególnie dziwić.
Znacznie ważniejsze jest pytanie, jaką funkcję telefon pełni w życiu konkretnego dziecka. Czy jest przede wszystkim rozrywką i narzędziem kontaktu ze znajomymi, czy stał się także podstawowym sposobem radzenia sobie z nudą, samotnością, lękiem czy napięciem? Nie robiłbym więc z nowych zasad wojny z telefonami. Skuteczniejszy będzie przewidywalny system: uczeń wie, kiedy odkłada urządzenie, kiedy może z niego skorzystać i jakie są wyjątki. Równolegle potrzebna jest edukacja cyfrowa, bo po wyjściu ze szkoły telefon znowu wróci do jego ręki.
Sam zakaz niewiele nauczy. Dobrze wprowadzona zasada może natomiast stworzyć dzieciom kilka godzin dziennie z mniejszą liczbą bodźców walczących o ich uwagę i więcej przestrzeni na ćwiczenie koncentracji, samokontroli oraz zwyczajnego bycia z innymi ludźmi.
Hubert Szymczak, psycholog enel-med

